Svalbard to coś więcej niż niekończące się białe pustkowie. Wyglądam przez okno samolotu. Na morzu Barentsa zaczynają powoli pojawiać się pływające odłamki lodu. Dotychczas spokojna wielka woda zamienia się w bulgoczącą zupę z napierającymi na siebie kluskami lodowymi. A to może oznaczać tylko jedno. Jesteśmy u progu wybrzeży Svalbardu. Od tego momentu biel będzie naszym codziennym kompanem. Przelatujemy właśnie nad wyspą Spitsbergen. Krajobraz za oknem jest tak niesamowity i niepowtarzalny, przez co zupełnie zapominam o tym, że boję się latać. W tym momencie chcę tylko oglądać białą, mroźną krainę. Cała Północ przykryta jest puszystą, śnieżną pierzynką. W dolinach przepychają się pofałdowane chmury, odkrywając jedynie niewysokie szczyty archipelagu. Tutaj czas płynie swoim własnym rytmem, rytmem wyznaczonym przez naturę.

Północ jakże dzika i tajemnicza, wciąż nieujarzmiona.