Autobus podjeżdża pod hostel punktualnie. Na dwie godziny przed lotem kierowca zaczyna zbierać wszystkich podróżnych z miasteczka Longyearbyen i zawozi ich na lotnisko. I właściwie to jedyna forma transportu publicznego na Svalbardzie. Na Arktyce nie ma – znienawidzonych przez kierowców – korków. Od wielu lat matematycy na całym świecie głowią się nad rozwiązaniem problemu powstających korków ulicznych. A może by tak znacznie zredukować liczbę pojazdów? Mam inny pomysł. A może by tak pojechać na Arktykę? Tam nie ma zbyt wiele dróg.

Autobus objeżdża miasteczko w niecałe dziesięć minut, zatrzymując się kilka razy po drodze. Jak na tak małą osadę, dzieje się tutaj naprawdę sporo. Pamięcią sięgam do wczorajszego wyścigu psich zaprzęgów. Dwa głośniki, skromne stanowisko organizatorów, dwie taśmy wyznaczające drogę, a jednocześnie oddzielające zawodników od kibiców i to wszystko co jest potrzebne, aby stworzyć dobrą zabawę. Zrobiło się naprawdę chłodno. Z głośników leci wesoła muzyka. Zawodnicy startują jeden po drugim w kilkuminutowych odstępach. Kibice w kolorowych puchowych kurtkach, podskakują w miejscu próbując się ogrzać, nie zapominając oczywiście o radosnym dopingu. Kolejny uczestnik przygotowuje się właśnie do startu. Psy nerwowo czekają na komendę, reagują na ustalony znak, po czym gwałtownie ruszają i bieganą wzdłuż doliny Adventdalen. Odprowadzam je wzrokiem, aż w końcu zaprzęg znika na tle białych, niekończących się gór Svalbardu. Na zwycięzcę będziemy musieli poczekać do jutra. Wyglądam przez okno autobusu, szukam uczestników wyścigu, ale pierwszy zawodnik na mecie pojawi się mniej więcej w tym samym czasie, kiedy ja będę wsiadać do samolotu i żegnać się z Arktyką. Na szczęście tylko na krótką chwilę.