Dawno, dawno temu, kiedy wszystkie kontynenty zlepione były w jeden ląd zwany Pangeą, Svalbard znajdował się mniej więcej w okolicy Zwrotnika Raka. Z czasem zaczęła się długa i fascynująca wędrówka archipelagu na północ, która doprowadziła nas aż tutaj, poza koło podbiegunowe. Dzisiaj, patrząc na surowe, skaliste wybrzeża Svalbardu, ciężko sobie wyobrazić, że kiedyś rosły tu drzewa. Ba, po powierzchni chodziły dinozaury. Oczywiście to stare dzieje. Dzisiaj 60% archipelagu stanowią lodowce, a drzew od dawna już nie ma. Klimat polarny nie należy do najprzyjemniejszych, a to za sprawą niskich temperatur i małej ilości opadów. Svalbard zaklasyfikowano jako pustynie, chociaż w okolicach Longyearbyen pada dosyć często. Pomimo tak niegościnnych warunków zadomowiło się tutaj zaskakująco wiele gatunków ze świata roślin i zwierząt. Wola walki i przetrwania każdego żywego organizmu jest zdumiewająca. To niesamowite, gdzie można spotkać mieszkańców Północy. I tak na przykład na płaskowyżu niedaleko lodowca Foxfonna, kiedy wydaje mi się, że nie ma nikogo w okolicy, nagle z gęstej mgły wyłania się pięć reniferów. Zdezorientowane zwierzęta początkowo bacznie nas obserwują, po czym niewzruszone kontynuują lunch. Nie wiem jak one znajdują tutaj pożywienie, płaskowyż to nic innego jak sterta kamieni. Ale niedługo nadejdzie zima, więc całą swoją energię poświęcają na poszukiwanie jedzenia. Muszą dużo zjeść, aby zgromadzić spory zapas tłuszczu. Podczas gdy renifery beztrosko sobie spacerują, szukając smakołyków, ja ledwo utrzymuje równowagę i staram się przezwyciężyć szalejący wiatr. Nie wspominając o tym, że mam na sobie kilka warstw odzieży. Wełna i puch to podstawowy zestaw zwalczający niskie temperatury. Zwierzęta tymczasem nie wydają się mieć jakiekolwiek problemy z aklimatyzacją.