Cieśnina Drake’a uważana jest za jeden z najniebezpieczniejszych szlaków morskich. Owiana złą sławą cieśnina położona jest między Ziemią Ognistą, a zachodnią Antarktydą. To tutaj spotykają się dwa oceany: Spokojny i Atlantycki. Przez cieśninę przepływa Antarktyczny Prąd Okołobiegunowy zwiastujący silne wiatry, często wichury, a nawet sztormy. Na szczęście są też dobre wiadomości. Dzisiaj prognozy pogody są dokładniejsze, a komunikacja o wiele prostsza niż dawniej. Statki są bardziej wytrzymałe, stabilniejsze, z mocniejszą konstrukcją. A więc jakoś to będzie.
Gdy tylko wypłynęliśmy na otwarte morze, zaczęło lekko kołysać, a potem to już była walka o przetrwanie. Przebudziłam się około północy i już do rana nie zasnęłam. Leżę sobie spokojnie, aż tu nagle „coś” popycha mnie najpierw w prawo, potem w lewo. Tajemnicza niewidzialna siła wgniata mnie w materac. I góra, i dół. Zaraz zwymiotuję. Zamykam oczy. O dziwo pomogło. I tak do rana. Przewracam się na prawy bok, na lewy bok, układam się na plecy, na brzuch, wszystkie pozycje przetestowane z dwoma wariantami: z poduszką pod głową i z poduszką na głowie. Zaraz zwariuję. Liczę owce, barany. Wszystkie już policzyłam, więc zaczynam liczyć pingwiny. Tych w mojej głowie jest jakby więcej, ale i to nie pomaga. Patrzę na zegarek, za kwadrans czwarta.
Nic tu po mnie, i tak nie zasnę. Muszę się napić kawy. Do kuchni jest niedaleko, ale droga to nie lada wyzwanie. Próbuję utrzymać równowagę, ale pomino moich niewyobrażalnych starań, ciągle odbijam się od ściany do ściany. Dostałam kawę, zrobiłam sobie bułkę z serem. No cóż, śniadanie opuściło mnie szybciej niż prędkość światła. Tak wiem, profesor Einstein przewraca się właśnie w grobie, ale nie było go tam. Wiem co mówię.
I tyle widziałam jedzenie przez kolejne dwa dni. O czytaniu książek również nie było mowy, oglądanie filmów też odpada. Co robić? Co robić? Słyszę tylko: musisz skupić wzrok na jednym punkcie to przestanie cię mdlić. Brzmi nieskomplikowanie. Wyglądam przez okno. Niczym zahipnotyzowana obserwuję wielką, niespokojną wodę. Horyzont wędruje to w górę, to w dół, przez co jeszcze bardziej kręci mi się w głowie. Do kitu z tymi niezawodnymi poradami. Idę spać, a przynajmniej spróbuję.
Do wybrzeży Antarktydy dopłynęliśmy po dwóch dniach. Ponoć odzyskuję kolory.

