Pogoda nas dzisiaj nie rozpieszcza. Co jest tym bardziej rozczarowujące, bo gdy tylko się przebudziłam, za oknem świeciło piękne słońce. Ale jak to na Arktyce bywa, pogoda się zmienia jak w kalejdoskopie. Chwilę po skompletowaniu sprzętu na niebie pojawiają się pierwsze chmury i to nie byle jakie obłoczki, tylko raczej takie, które zwiastują opady. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to była zapowiedź burzy śnieżnej.

Udajemy się na Trollsteinen. To niewysoka góra, zaledwie 850 m n.p.m. Zresztą na Svalbardzie nie znajdziemy wielotysięczników.  Najwyższy szczyt archipelagu to Newtontoppen, mający jedynie 1713 m n.p.m. Na Arktyce to nie wysokość jest naszym największym wrogiem, a pogoda. Przy temperaturach mocno poniżej zera musimy szczególnie uważać na odmrożenia. Silny wiatr nie tylko ogranicza nasze ruchy i nas spowalnia, podczas zawieruchy łatwo się zgubić.

Jesteśmy w połowie drogi. Jak do tej pory to przyjemny spacer. To tu szlak (o ile w ogóle można mówić o jakichkolwiek szlakach na Arktyce) się „rozchodzi”, w prawo na Sarkofagen, w lewo Trollsteinen. Gdy tylko znikamy za zakrętem czuję się jak na innej planecie. Wszędzie jest tak… biało. Przypomniała mi się początkowa scena z Gwiezdnych Wojen: Imperium kontratakuje. Wiatr robi się coraz bardziej nieznośny. Zakładam na siebie ciepłą kurtkę, ale to już ostatnia zapasowa warstwa ubrań, jaką ze sobą zabrałam. Jest jednak zasada stara jak świat, aby było nam ciepło, to cały czas należy pozostać w ruchu. Z tym akurat nie ma problemu, gdyż jeszcze nie dotarliśmy na szczyt. W głowie sobie powtarzam: prawa, lewa, prawa, lewa, aby nadać przyjemny rytm. Tak naprawdę teraz, kiedy zawierucha rozszalała się na dobre, tylko koniec moich butów jest w zasięgu mojego wzroku. Schyliłam się raptem na chwilę, aby poprawić sznurówkę, a w tym samym momencie wiatr dosłownie wywiał z mojej kieszonki w plecaku pudełko na okulary przeciwsłoneczne. Na szczęście okulary miałam na nosie. Co prawda słońca od dawna już nie widać podczas szalejącej burzy, ale oczy trzeba chronić przed śniegiem i wiatrem. Mały przedmiot w mgnieniu oka zniknął mi z pola widzenia i gdzieś pofrunął. Gdzie? Nie do końca jestem pewna. Wtedy nawet nie wiedziałam, co tak naprawdę „zgubiłam”.

Ostatni etap, powoli stawiam każdy krok, idę ostatnia, więc przede mną jest wydeptana w śniegu ścieżka, którą uważnie śledzę wzrokiem. To szpiczasta grań. Na szczęście dookoła nic nie widać, więc nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogę spaść. Gdy tylko dotarłam na miejsce od razu schowałam się za wielki kamień trolla, który znajduje się na szczycie. Chciałam zrobić pamiątkowe zdjęcie okolicy. No cóż, udało mi się pstryknąć tylko selfie, na którym widać jedynie moje przeszklone od wiatru oczy.