Sens tego starego żydowskiego przysłowia zna zapewne każdy, kto chociaż raz odwiedził Arktykę. Tutaj nie warto nic planować. A jeśli już coś zaplanowaliśmy, to trzeba się nastawić, że coś pójdzie nie tak. To jest jakby wliczone w arktyczny pakiet. Pamiętajmy, że tutaj to nie człowiek rządzi, a natura, zatem nie warto się na nic nastawiać. I tak oto na przykład od kilku dni do Sisimiut nie przyleciał żaden samolot i na pewno nie była to zaplanowana przerwa w rozkładzie lotów. Gdy piszę te słowa, jest sobota i siedzę właśnie na lotnisku w Sisimiut. Nerwowo patrzę na tablice odlotów. Lot GL 232 do Kangerlussuaq, a przy nim komentarz: opóźniony. Ja jednak nadal jestem pełna nadziei, że do Sisimiut przyleci dzisiaj mały czerwony samolot Dash-8 200 i zabierze nas do Kangerlussuaq. To przecież nie tak daleko: 30 minut samolotem, siedem godzin łódką, siedem do dziesięciu dni na piechotę. A stamtąd tak naprawdę to już rzut beretem do Europy, no ale trzeba się najpierw wydostać z Sisimiut.

Za oknem lotniska gęsta mgła. Ty zły znak, to bardzo zły znak, pomyślałam. W tym samym momencie komentarz przy locie GL 232 zmienił się na: odwołany. Samolot nie wylądował, piloci zawrócili. A zatem również ja dołączyłam do grona pechowców, którzy utknęli w Sisimiut i nie mogą się stąd wydostać. Często mijamy się na ulicy w miasteczku. Od kilku dni słyszę tylko:

Jeszcze nie wiemy kiedy wylecimy – para przyjaciół z Francji.

Nas przerzucili na lot dopiero za tydzień – małżeństwo ze Szwajcarii.

Nasz nowy lot jest jutro, w niedzielę, ale nie wiadomo czy jakiś samolot przyleci, aby nas zabrać – grupa z Czech. 

W niedzielę lotnisko było tymczasowo zamknięte. Wszystkie loty odwołano.