Koniec listopada, kilka tygodni temu na Svalbardzie zaczęła się noc polarna, długa noc albo jak często mówią mieszkańcy: sezon ciemny (z ang. dark season). Dolina Todalen. Zatrzymujemy się na chwilę. Silnik samochodu gaśnie. Zakładam czapkę i rękawiczki, wychodzę na zewnątrz. Nie dochodzi do nas żadne źródło światła. Idealna ciemność, której nawet blask księżyca nie rozświetla, gdyż ten się ukrył gdzieś za horyzontem.

Idealna ciemność. – powiedziałam, rozglądając się dookoła.

Idealna cisza. – dodałam, czując pewien niepokój słysząc swój głos.

To coś niespotykanego. – usłyszałam – Na Arktyce nigdy nie jest cicho.

Nie za bardzo rozumiem, więc z zaciekawieniem dopytuję.

– Dlaczego? Przecież nikogo tutaj nie ma, nikt nie robi hałasu.

– To przez wiatr, tutaj zawsze szumi wiatr.

Zastygam przez jakiś czas w milczeniu. Zamykam oczy. Nie słyszę wiatru, nie słyszę żadnych odgłosów, nie słyszę nic. Idealna cisza, którą zakłóca jedynie bicie mojego serca.