Patrzę z przerażeniem na wejście do jaskini, a raczej na coś, co bym po prostu  nazwała dziurą w śniegu. Wejście jest raczej nieduże, ale wystarczające, aby przecisnął się przez nie dorosły mężczyzna. Próbuję zerknąć do środka, aby zobaczyć koniec tunelu, ale końca nie widać. I ja mam tam wejść?!? Wszyscy już chyba do reszty powariowali. No dobra, biorę głęboki oddech. Dam radę. Muszę tylko się skupić. Zakładam kask, na który naciągam czołówkę. Plecak mocuję na brzuchu. Nieufnie przypatruję się małemu śnieżnemu otworowi, przez który mam się przecisnąć. Siadam na tyłku i pokracznymi ruchami próbuję się wczołgać do środka. Pod koniec tunelu robi się ciasno, obracam się niezgrabnie na brzuch, plecak mi przeszkadza, więc go po prostu ciągnę za sobą. Udało się, jakoś się wgramoliłam. Na tym etapie mogę już wstać. Powoli idę ciemnym korytarzem oglądając cudowne kryształki lodu. Coś pięknego, idealne gwiazdki, gdzieniegdzie sześciany. Stoję tak już od kilku minut kontemplując kryształki lodu i zastanawiam się jak to jest możliwe, aby natura stworzyła coś tak niesamowitego. Kawałek dalej znajduje się ogromna komnata. Zostawiamy plecaki, tutaj będą bezpieczne, na zewnątrz na pewno porwał by je wiatr. 

Uwiera mnie kask. Po jakie licho go założyłam? Tak wiem, zasady, bezpieczeństwo, bla, bla,bla. Już podczas pierwszego ciasnego przejścia pożądanie uderzyłam się w głowę. No  i teraz ciężko się nie zgodzić: kask na głowie musi być! 

Co za dziwne uczycie, znajduję się właśnie  pod lodowcem. Ściany jaskini to nic innego a lód, a im dalej w głąb, tym coraz dziwniejsze komory i przejścia. Czasem trzeba się mocna natrudzić, aby dostać się do kolejnej komnaty.  Idziemy tak już dobre pół godziny, tutaj jaskinia się kończy. Dalej się nie przeciśniemy. Gaszę czołówkę, znika ostanie źródło światła, mam wrażenie jakby ciemność mnie przykryła, jakbym gdzieś zniknęła. Dokładnie pamiętam co w tamtej chwili pomyślałam:

Cóż za szaleństwo chodzić po lodowcach, a co dopiero pod nimi.