Na Grenlandii lato już takie jest, nigdy nie wiadomo co nasz czeka. Czego w tym roku mogę się spodziewać? Za każdym razem zadaję sobie to pytanie podczas pakowania torby. Co tu dużo pisać, mam tendencję do zabieranie ze sobą za dużo ciepłych rzeczy. 

Moje pierwsze grenlandzkie lato początkowo potraktowało mnie bardzo łagodnie. Słonecznie, ciepło, lekki zefirek! I to jest piękne arktyczne lato, pomyślałam. Ale już po dwóch dniach nie mogłam odpędzić się od komarów i żadne wyszukane specyfiki na owady nie dawały im rady. Jedyny sposób na jaki po czasie wpadłam to nieustanne pozostawanie w ruchu, najlepiej w okolicach lodowca – tam komarów nie było. Czas powoli płynął, a za oknem wciąż jasno, ale to nie słońce nie pozwala mi zasnąć. Przez moskitierę do mojego pokoju dostały się te małe krwiopijne bestie. Od razu przypomniały mi się słowa Dalajlamy XIV „Jeśli myślisz, że jesteś za mały, aby uczynić różnicę, spróbuj spać w obecności komara. Sprawdziłam, przetestowałam. Nie da się! Walka na śmierć i życie rozpoczęła się około północy i trwała dobre dwie godziny. A ponieważ piszę te słowa, niekwestionowanym zwycięzcą jestem ja! Nareszcie zrobiło się cicho, chociaż jeszcze przez jakiś czas słyszałam bzyczenie w głowie. A pokój? No cóż, teraz bardziej przypomniał krwawy krajobraz po bitwie z wrogami przybitymi do ściany.

Kolejne lato to nieustające mgły, śnieg i deszcz. W pamięci utkwiła mi dobrze jedna wyprawa, płynęliśmy łódką pod lodowiec Eqi. Lato w tym roku trochę się spóźnia, fiord jeszcze nie odmarzł i w rezultacie utknęliśmy w lodowej zupie. Dalej już nie popłyniemy. Zupa robi się coraz gęstsza, a lodowe kluski zaczynają na siebie napierać, blokując nam drogę. Należy pamietać, że nie jesteśmy na pokładzie ogromnego lodołamacza, a na dwunastometrowej łodzi Targa 35. Kapitan wyłączył silnik. Dryfujemy wśród lodu, skąpani w gęstej mgle. W jakimkolwiek kierunku bym nie spojrzała, widok jest ten sam. Nic tu po nas, czas wracać do Ilulissat. Powrót jest długi i powolny. Manewrowanie pomiędzy lodem nie jest łatwe i wymaga dużej precyzji. Prawdziwe wyzwanie czeka na nas jednak przy brzegu, gdzie napłynęło dużo lodu, a przede wszystkim gór lodowych, przez które łatwo się nie przeciśniemy. Pełne skupienie, na pokładzie cisza, kapitan szuka najlepszej drogi, co poddenerwowani pasażerowie bacznie obserwują. Kilka razu musieliśmy zawrócić i zmienić kurs. Po godzinie udało nam się wydostać z lodowego labiryntu i bezpiecznie przybić do portu. Muszę przyznać, że poczułam ulgę, gdy tylko stanęłam na lądzie. Wraz z lodem przyszło również ochłodzenie. Najważniejsze, że nie ma komarów.

Rok później w Sisimiut zrozumiałam dlaczego Grenlandia to tak naprawdę Grenlandia (z ang. Greenland). Green land oznacza dosłownie zielony ląd. Przeglądając zdjęcia satelitarne naszej Ziemi, ciężko nie zauważyć Grenlandii. To wielka, biała plama. Ponad 80% wyspy pokrywa lądolód. Według islandzkiej sagi Eryk Rudy wygnany z Islandii odkrył nowy ląd i nazwał go zieloną krainą, aby zachęcić wikingów, by się tutaj osiedlili. Lato w Sisimiut jest w tym roku wyjątkowo ciepłe. Kolorowe domki skąpane w słońcu mienią się wszystkimi barwami tęczy. Ta niewielka miejscowość znajduje się zbyt daleko od lodowców, przez co nie doszukamy się tutaj dryfujących gór lodowych. Za to naszym oczom ukażą się piękne trawiaste pagórki, gdzieniegdzie porośnięte mleczami. A więc zielona kraina Eryka Rudego naprawdę istnieje. Słońce nieustannie świeci już od kilku dni, a podczas arktycznego lata nie zachodzi za horyzont. Sisimiut tętni życiem, ale ja bardzo przepraszam, czy ktoś mógłby zgasić wreszcie to światło?